Patrzę na ciebie codziennie nad ranem
W oczy zielone lecz jakby w mglisty poranek,
Na wiecznie nierówny we włosach przedziałek,
Zmarszczki nie zawsze uśmiechem spowodowane.
Patrzę jak w kawie szukasz nadziei,
W dymie tytoniu skrywasz sny swoje,
Wędzisz w nim swoje obfite wąsy,
Popiół wytrząsasz ze swojej brody.
Patrzę gdy z wolna nabierasz rytmu,
Swoim skrzywionym tanecznym krokiem.
Jak się pojawia kolejna bruzda,
Na niemy skowyt przy każdym kroku.
Patrzę na ciebie przy następnej fajce,
W cieniem przeszłości zasnute oko,
W te rozmarzone przyszłości wizje,
Gdy żar się dopala przy samych palcach.
Patrzę jak z uwagą dobierasz kęsy,
Starannie smakujesz kolejne smaki,
By ani grama ich nie uronić
Lub też zwyczajnie brody nie splamić.
Patrzę jak uśmiech rozświetla oblicze,
Gdy ukochana dzwoni z daleka,
Jak zwiewnym słownictwem raczysz jej ucho,
Jak nagle stajesz się lepszym człowiekiem.
Patrzę jak milkniesz gdy telefon odkładasz,
Z tęsknotą, ze smutkiem i niedowierzaniem,
Że jeszcze błyszczysz dla kogoś blaskiem,
Którego zmierzch już nieraz widziałeś.
Patrzę jak raz kolejny próbujesz zasnąć,
Patrzę jak w bólu szukasz zmęczenia,
Patrzę jak kochasz swe zniewolenia,
Patrzę, a snów łatwych już nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz